|
Rozmawiamy z Mariuszem Karolem, nowym trenerem Basketu Kwidzyn
Mariusz Karol, 40 lat, zodiakalny byk. Jest absolwentem prawa Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Rzeszowie. Trener I klasy. Pracę trenerską rozpoczął w sezonie 1994/1995 w żeńskiej drużynie Warty Gdynia, jako asystent trenera Tadeusza Hucińskiego. Przez kilka sezonów pracował jako asystent pierwszego trenera w Treflu Sopot. Jego pierwszym zespołem, który prowadził jako pierwszy trener była Unia Tarnów. Od poniedziałku 29 stycznia 2007 roku jest trenerem Basketu Kwidzyn.
Jak długo podejmował Pan decyzję objęcia funkcji trenera koszykarzy Basketu Kwidzyn?
-Czasu do zastanowienia nie miałem zbyt dużo. Jak się później zorientowałem prezes Basketu po raz pierwszy dzwonił do mnie w sobotę wieczorem. Jednak telefon, z tej recji że był wyłączony, odebrałem dopiero w niedzielę. Więc na zastanowienie było tylko te kilkanaście godzin w niedzielę. Wahania z mojej strony raczej nie było. Jestem trenerem zawodowym i podejmuję się każdego wyzwania. Jeżeli otrzymuje propozycje prowadzenia zespołu, który ma awansować do ekstraklasy to ją przyjmuję. Chciałem jednak przede wszystkim wiedzieć, jaki jest problem, co jest z tym zespołem. Basket w środowisku jest postrzegany jako solidny klub, dlatego na zastanowienie wystarczyła niedziela. Gdyby zgłosiła się np. Unia Tarnów, te rozmowy na pewno byłyby o wiele dłuższe.
Czy jako młody człowiek grał Pan w koszykówkę?
- Moja przygoda z koszykówką rozpoczęła się już w czwartej klasie szkoły podstawowej i praktycznie trwa do dnia dzisiejszego. Wówczas, jako dobrze zapowiadający się zawodnik otrzymałem propozycję przejścia do szkoły sportowej o profilu koszykówki. Dalej naukę kontynuowałem w Liceum Sportowym. W między czasie jako zawodnik reprezentowałem kluby szkolne, później AZS Środowisko Rzeszów. Jednak nic wielkiego jako zawodnik nie osiągnąłem. Swoją zawodnicza karierę skończyłem w wieku 22 lat.
Jak to się stało, że prawnik zajął się trenowaniem drużyn koszykówki?
-Opuściliśmy z żoną Rzeszów i przenieśliśmy się na wybrzeże. Podczas studiów skończyłem kurs instruktora koszykówki z myślą, że się kiedyś może przydać. Na wybrzeżu zdecydowałem się, że pójdę na studia podyplomowe jako trener koszykówki. Okazało się, że był to dobry krok. Gdy zapisałem się na studia podyplomowe, bardzo szybko trener Tadeusz Huciński zaproponował mi pracę asystenta w Warcie Gdynia. Z tym zespołem zdobyliśmy w pierwszym sezonie mojej pracy tytuł mistrza Polski. Z Gdyni przeniosłem się do Trefla Sopot. Jako asystent Adama Ziemiańskiego awansowaliśmy z II ligi do ekstraklasy. Skończyłem studia podyplomowe najpierw II klasy trenerskiej, potem pierwszej klasy. Obecnie jestem trenerem pierwszej klasy z prawem prowadzenia reprezentacji narodowych. Moim pierwszym zespołem, który prowadziłem samodzielnie była w sezonie 2002/2003 Unia Tarnów.
Jest Pan stosunkowo młodym trenerem, skąd czerpie Pan doświadczenia trenerskie?
- W przeszłości miałem wielu świetnych trenerów, od których czerpałem naukę. Oprócz pierwszego nauczyciela Tadeusza Hucińskiego byli to m.in. Tadeusz Alekasandrowicz, Ryszard Szczechowiak, Eugeniusz Kijewski, Krzysztof Koziorowicz, Tomasz Służałek czy Arkadiusz Konecki. Los dał mi szansę abym mógł dobrze nauczyć się tego fachu. Właśnie do tego zawodu czuję powołanie.
Największe sukcesy?
-Jestem przekonany, że są jeszcze przede mną. Jako asystent zdobyłem tytuł mistrza Polski z Wartą Gdynia oraz wicemistrzostwo Polski i Puchar Polski z Prokomem Treflem Sopot. Do moich samodzielnych sukcesów zaliczam czwarte miejsce w ekstraklasie z zespołem Turowa Zgorzelec. Zespół ten objąłem w trakcie sezonu i udało mi się zająć tak wysoką lokatę. Zawsze staram sie wpajać prowadzonym przeze mnie zespołom walkę do ostatanich minut. Zdecydowaną wiekszość spotkań wygrałem. Tak naprawdę w swojej karierze przegrałem dwa mecze, kiedy prowadzony przez mnie zespół dostał przysłowiowe baty, przegrał z kretesem kilkunastoma czy więcej punktami. Jak przegrywałem to jednym dwoma punktami, po walce, na styku.
Jak ocenia Pan zespół Basketu?
- To moje pierwsze doświadczenie trenerskie z zespołem I ligowym. Po obejrzeniu kilku spotkań Basketu widzę, że w tej drużynie trzeba najpierw i przede wszystkim wykrzesać ducha walki, którego bardzo brakuje. Fizycznie i umiejętnościami to dobrzy zawodnicy. Znam kilku z nich m.in. Lewisa Loftona, Bartosza Potulskiego z Unii Tarnów, Grzegorza Mordzaka z Turowa Zgorzelec oraz Dariusza Lewandowskiego z Trefla Sopot. Problem będzie im głębiej będziemy sięgać. Czy zawodnicy będą w stanie grać na maksimum sił i umiejętności? Czy będą chcieli? Jestem przekonany, że można awans wywalczyć. Czy na 100 procent? Dopiero poznaje zespół, poznaje ligę, drużyny, więc twierdzić, że na 100 proc. jest jeszcze za wcześnie. Z jednej strony jest mało czasu, z drugiej strony do fazy play off jest jeszcze półtora miesiąca. W tym okresie można wiele rzeczy zrobić, poprawić grę we wszystkich elementach, ataku, obronie. Zapewniam, że wszystko podporządkowuje temu, aby zespół był jak najlepiej przygotowany do fazy play off. Mogę też zadeklarować, że zrobię wszystko abyśmy awansowali.
Czy cała rodzina Karolów przeprowadzi się do Kwidzyna?
- Mam liczną rodzinę, żonę i czwórkę dzieci, trzy córki i syn. Mieszkamy w Gdyni, więc stosunkowo blisko. Dlatego nie widzę potrzeby przeprowadzki.
Co trener Mariusz Karol robi poza koszykówką?
-Nic! To jest taki zawód, że nic innego nie można robić, na nic innego nie mam czasu. Koszykówka absorbuje mnie 24 godziny na dobę, także podczas snu.
Życzymy sukcesu i dziękujemy za rozmowę
Redakcja www.basketkwidzyn.pl |